sobota, 29 listopada 2014

Rozdział Trzeci

Wplotłam dygoczące palce we włosy.
Usiadłam na kanapie, cały czas patrząc się na stolik przy oknie.
Ból głowy dawał o sobie znać i nawet gorąca herbata nie była w stanie mnie uspokoić.
Dostałam wypowiedzenie z pracy.
Bo jednego, cholernego dnia nie chciało mi się dźwigać ciężaru życia.
Straciłam jedyną pracę do której, tak naprawdę się nadawałam.
Dziękuje ci świecie za świadomość, że ludzie to zawistłe kurwy!
'I super. To teraz już tylko pod most?'
Pewnie tak. Kasa się skończy i koniec.
Mój telefon zaczął cicho, wibrować.
-Czego? -powiedziałam obojętnie.
-Szykuj się, bo za trzy godziny po ciebie przyjeżdżam. -znowu ten debil...
-Odpierdol się ode mnie! Nigdzie nie idę! -wykrzyczałam do komórki.
-Tak, jak mówiłem. Szykuj się i ubierz jakoś ładnie. -zaśmiał się.
Mi wcale nie było do śmiechu.
-To mi może daj na "coś ładnego" pieniądze. Bo nie wiem, czy kurwa wiesz, ale mnie na to nie stać! -rzuciłam telefonem o kanapę.
Zsunęłam się po ścianie i zaczęłam cicho szlochać.
Jaki z niego chuj i piepszony optymista!
Nic do niego nie dociera!
Chyba ma jakieś problemy ze słuchem.
'No i do tego jest taki przystojny.'
Ughh... Czasami Esla działa mi na nerwy.
Nie jest przystojny, przynajmniej dla mnie.
Nie ważne jakby nie wyglądał, nie umówię się z nim.
Przez niego płaczę.
'Przez niego? Raczej przez twoje lenistwo...'
Mniejsza z tym. Nigdzie się z nim nie wybieram.
Dzisiaj, jutro, nigdy...
***
-Płaczesz? -ktoś zaczął rzucać kamieniami w moje okno.
Ale się gościu pospieszył. Trzy godziny po tym, jak zadzwonił.
-Nie. A pozatym, co cię to obchodzi? -zapytałam wychodząc na balkon.
-Tylko tak pytam. Swoją drogą, wiesz która jest godzina? -cwaniacki uśmiech wpełz na jego usta.
Nie, nie wiem. Nie stać mnie na srebrnego Rolexa*.
-Nie mam pojęcia! -powiedziałam sarkastycznie. -Chyba szesnasta! Zgadłam?
-Poprawna odpowiedź. Zabieram cię do najlepszej restauracji w mieście. -oznajmił.
Szkoda tylko, że nigdzie z nim nie idę.
Pozatym nawet nie zapytał się, czy w ogóle chcę tam iść!
Znalazł się gentelman...
-Taa... Zabierz tam inną, naiwną laske. -zwróciłam się w stronę wejścia do domu.
-Jak chcesz. Możemy zjeść u ciebie. -zabrał z samochodu koszyk z jedzeniem i zaczął iść w kierunku drzwi frontowych.
-No chyba cię pojebało! Wypierdalaj stąd, natychmiast! -wykrzyczałam.
Szybko zbiegłam na dół i stanęłam w progu drzwi.
-Tak mnie lubisz, że sama mi drzwi otwierasz? -uniusł jedną brew.
Kawowe teńczówki wpatrywały się we mnie.
Mulat był dość wysoki, a posturą dorównywał Jack'owi.
Ubrał się w czarny garniak i wyglądał trochę śmiesznie z tym koszyczkiem w ręku.
Kiedy się uśmiechał dwie małe zmarszczki pojawiały się w końcikach jego oczu.
To wyglądało nawet słodko.
Wcześniej tego nie zauważyłam.
Pierwszy raz stoję z nim twarzą w twarz.
Blisko, kilka milimetrów od niego.
Prawie, że stykaliśmy się nosami.
Dziwne... Czemu nie dam mu poprostu z liścia?
-Od kiedy cię spotkałem, chciałem to zrobić. -przysunął się jeszcze bliżej.
Rozsunął wargi i...

*Rolex -zegarek na rękę, znanej firmy "Rolex"

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak, jak obiecałam, wstawiłam Grey'u.
Dodałam taki mały opis wyglądu mulata.
Jak myślicie, co zrobi brązowooki?
Chyba się domyślacie? 
Następny rozdział przewiduję w środę, bo wyjeżdżam w ten piątek do Szczecina na turniej.
Życzcie mi powodzenia, Lol xd
W czwartek wróciłam z Elbląga i zdobyłam z moją drużyną 1 miejsce :)
Tak chciałam się pochwalić, heh :p
Życzę miłego czytania i jeśli chodzi o wasze blogi to jutro postaram się nadrobić wszelkie zaległości z czytaniem.






niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział Drugi

Szłam ciemnymi uliczkami, skręcając co chwilę.
Słońce jeszcze nie wstało.
Nie poszłam do pracy, mam kaca, boli mnie głowa.
Nie chcę robić nic oprócz chodzenia.
Tylko to daje mi jakieś poczucie stabilności.
Wdycham świeże, nie skażone niczym powietrze.
Idę dalej. Na trawie widać lekki przymrozek.
Wielka szyba sklepu zoologicznego została otulona kożuchem szronu.
Chowam nos w ciepły szalik.
Cały czas zmierzam w tym samym kierunku.
Bez konkretnego celu. Bez konkretnego powodu.
Może zajdę na koniec świata?
'Ech... Idiotka.'
Przecieram zmęczone oczy i w pół mroku dostrzegam czarną sylwetkę mężczyzny.
Tylko człowieka mi tutaj brakowało...
Postać przechodzi obok mnie z wyraźną obojętnością.
Jak dobrze, że nic nie powiedział.
Chcę zostać sama. Sama ze swoimi myślami.
Sama ze swoim alter-ego.
Sama, kompletnie sama...
Bez niczyjego gadania.
-Hej! Pamiętasz mnie? Rozmawialiśmy wczoraj w barze. -jak na złość...
-Nie, nie pamiętam. Cześć. -skinęłam lekko głową i zaczęłam iść dalej.
-Nie skończyłem. -złapał mnie za przedramię i przyciągnął mnie w to samo miejsce.
-A ja tak. -wbiłam paznokcie w jego dłoń.
-Może się gdzieś spotkamy? Wiesz, tak żeby pogadać? -przygryzł wargę.
Puścił moje przedramię i się cwaniacko uśmiechnął.
-Nigdy, nigdzie, nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. -wysyczałam przez zęby słowa pełne jadu.
'Czterdzieści osiem godzin i nie żyjesz, co nie?'
Rzuciłam mu groźne spojrzenie i ruszyłam przed siebie.
-Czyli jesteśmy umówieni? -zaśmiał się brunet.
-Czego ty kurwa nie rozumiesz?! -wykrzyczałam, podchodząc do niego.
-Myślisz, że poświecisz tymi, swoimi niebieskimi oczkami i wszystko będzie twoje?!
-Niebieskimi? One są brązowe. -zmrużył oczy.
-Brązowe, ale? -zrobiłam pytającą minę.
'No, no. Nieźle się schlaliśmy wczoraj, co?'
-Mniejsza z tym. Znalazłbyś sobie lepsze zajęcie, niż zaczepianie obcych ludzi na ulicy.
Brunet tylko skinął głową i odszedł w nieznane.
Lepiej dla mnie. 

***
Rozluźniłam ramiona, kładąc się na kanapie.
Mieszkam w małym mieszkanku, połączonym razem z warsztatem.
To głupie, że ludzie mówią : "Miejsce kobiety jest w kuchni."
Moje miejsce jest tu, wśród samochodów i motocyklów.
Nie umiem ugotować chodź by najprostszej zupy.
A co dopiero usmażyć kotleta.
Ja i moje zdolności ograniczają się do naprawiania aut.
Chciałabym na tym zarabiać.
Ale "chcieć" nie znaczy "móc".
Moja praca jest męcząca, niestabilna i przede wszystkim okropna.
Przez dziesięć godzin muszę wyładowywać różnego typu maszyny.
Nie, nie chodzi o lodówki, czy zmywarki.
Tylko o jakieś pierdolone maszyny fabryczne, które ważą po 3 tony.
Często sprzęt wysiada, godziny lecą, a ty stoisz sam, jak palec i głowisz się co zrobić, żeby szef się nie dowiedział, że coś nawaliło.
Nienawidzę tej pracy.
Szef to świnia, pracownicy to zachłanne szmaty, które uważają, że to ty jesteś plebsem i ciemną masą do wykonywania poleceń.
'Panie i panowie macie przed sobą najniższy stopień pracownika w tej oto firmie.'
Wszyscy tam uważają się tam za lepszych ode mnie.
Przychodzą do pracy ubrani w odświętne garnitury, zamszowe lakierki i często niepasujące krawaty.
A ja dostałam tylko za duże, firmowe fachy, bo przecież muszę odstawać od reszty.
Wszyscy patrzą na mnie z góry i myślę, że nawet Szarik (pies jednego z pracowników) jest lepszy ode mnie!
To nienormalne! Żeby zwierzę miało wyższy stopień pracy odemnie!
Moja tygodniowa wypłata jest mniejsza od ceny dania głównego w średniej klasy restauracji!
Ledwo starcza na świeży chleb, co rano.
Przyznam się bez bicia.
Moje życie jest do dupy.
Stoczyłam się na dno.
Głębokie, cholernie wyboiste i usiane pułapkami dno.
Stoczyłam się szybko i skutecznie.
Od razu, kiedy kupiłam to mieszkanie.
Wszystko co miałam, od razu wydałam.
Ale co miałam zrobić?
Pójść pod most, bo nikt, by mnie nie chciał nawet w schronisku?
-Ma n'atu sole
cchiu' bello, oi ne'.
'o sole mio
sta 'nfronte a te!
o sole, o sole mio
sta 'nfronte a te!
sta 'nfronte a te! -zaśpiewał ktoś pod moim oknem.
-Czego tu kurwa?! -wyjrzałam przez nie.
I kogo tam widzę? Oczywiście Pana "czyli jesteśmy umówieni"!
-Moja lubo, czy dasz się zaprosić na uroczystą wieczerzę? -uklęknął na jednym kolanie.
Miał na sobie sombrero i jakieś dziwne kolorowe ubranie. W ręku trzymał ukulele.
-Jeszcze raz brzdękniesz tym ukulele, to osobiście zejdę tam i wsadzę ci je w dupę! -krzyknęłam pełna wściekłości.
-Może być przyjemnie. -roześmiał się Mulat.
-Nie umówię się z tobą! Pogódź się z tym! -jaki on jest wkurwiający.
Po co ja tam wtedy tyle siedziałam...
To wszystko przez moje chlanie.
Gdyby nie to, to może go bym tam nie spotkała.
-Czyli jutro o szesnastej! Czekam moja droga. -powiedział i zniknął z moich oczu.
'Hej, a pamiętasz, jak Jack tak zrobił?'
On zrobił to samo. Jack też grał mi tą samą melodię pod oknem.
Podobno historia lubi się powtarzać.
'Jack odszedł, strach po nim nie...'

---------------------------------------------------------------------------------
Dziękuję wszystkim za wcześniejsze komentarze!!!!
Bardzo miło się czytało wasze komentarze i oczywiście dały mi one jeszcze większego kopa do pisania :)
Zastanawiałam się, czy nie zrobić takiej zakładki z informacjami o życiu Acai? 
Może byłby to dobry pomysł?
Wybierzcie :D 
Mam nadzieję, że rozdział się spodoba.
A jeżeli chodzi o tajemniczego bruneta...
Jeszcze nie raz pojawi się w życiu Aci.
Miłego czytania i zapraszam do komentowania!


wtorek, 18 listopada 2014

Rozdział Pierwszy

-Whyski z colą i lodem, cienko krojony plasterek cytryny i kieliszek wódki. 
Co za wygórowane smaki...
Oczywiście nie chodzi mi o wódkę. 
Sama piję ją codziennie. 
Jakieś osiem kieliszków na dzień.
Przychodzę tu siedem dni w tygodniu.
Monotonnie po pracy. Wstać, ubrać się, iść do pracy, przyjść do baru, wrócić do mieszkania, umyć się, iść spać, a potem przetrwać kolejny tydzień. I tak 24 na 7.*
Ehh, nie wiem po co to robię. Dlaczego tu jestem. Czemu nie jestem jeszcze w domu... Jest już godzina 24.42. 
Boże czemu ja tu jeszcze siedzę?
'Spytaj lepiej siebie idiotko.'
Nienawidzę tu być. Nienawidzę każdej żyjącej i oddychającej istoty w tym zasranym wszechświecie.
-Może drinka? -spytał brunet o, chyba niebieskoszarych oczach?
-Nowy w mieście? -spytałam, patrząc w kieliszek po wódce. 
'Przed chwilą był pełny, pamiętasz?'
-Tak, co dopiero przyjechałem i... -przerwałam mu.
-Nie wysilaj się, bo i tak nic nie zdziałasz. Mam w dupie co powiesz. -spojrzałam na niego obojętnym wzrokiem.
-Co takiego zrobiłem?! -wrzasnął oburzony.
-Urodziłeś się. -zmarszczyłam nos wiedząc, że nie mam już pieniędzy.
Zeskoczyłam z drewnianego stołka i ruszyłam w strone wyjścia.
Chłopak machnął tylko ręką i zajął się jakąś blondynką. 
'Zachowywał się, jak Jack.'
Ugh... To imię wzbudza u mnie odruchy wymiotne. Jest okropne, pełe niewierności i furii. 
'Ale go... No ten... KOCHAŁAŚ?!'
Dobre swormółowanie. "Kochałam"
Kiedyś, dawno temu. Straciłam tyle chwil spędzonych z tym dupkiem. 
'Co? Dziewczyno przecież, to było siedem najlepszych lat twojego życia, wypitych i wyrzyganych do kibla, jak podła wódka.'
Ach te siedem lat. Siedem lat pełnych nienawiści i rozpaczy. Siedem lat z kompletnie niewłaściwą osobą. 
'Stare, dobre czasy. Co nie?'
"Stare"? Tak. Ale, czy "dobre"? Zaprzeczyłabym. 
Na pewno nie były "dobre".
Żyłam na małym metrarzu razem z bombą atomową. Jedem nie właściwy, przecięty kabel i wszystko co stoi na drodze, zamienia się w martwy, nic nie warty proch. Co jest teraz? 
Teraz pałam do niego nienawiścią. 
Tak samo, jak do tego miejsca.  
Ugh, gdybym tylko mogła... 
Mogła coś... Ja...
'No dalej! Powiedz, powiedz, jak bardzo jesteś bezradna. Wykrzcz to!'
Głos mojej podświadomości jest tak strasznie zrzędliwy. 
Właściwie, to nazywa się Elsa. 
Nie lubię, gdy się odzywa. 
Nie lubię tego alter-ego.
Nie lubię jej.
'Zrzęda, zrzęda, zrzęda!'
-Acai!-usłyszałam głos kasjerki.
-Oh, czego znowu? Jestem zbyt pijana, żeby spełniać wasze, zasrane zachcianki. -zgarbiłam się po czym wyprostowałam.
Nadal stałam plecami do barku z alkoholem.
-Trzeba, to naprawić. -jej głos był błagalny, a ja wiszę temu miejscu jakieś 700 dolarów z odsetkami.
Ciągłe bójki, porozbijane szklanki, wybite okno... I wiele innych zdarzeń za które nie zapłaciłam. 
Odwróciłam się w stronę obsługi i ruszyłam, by coś naprawić.
Przeskoczyłam blat i ustałam przed Justi.
-Bo tutaj się złamało, a szef zaraz przyjdzie i ja tego... -patrzyłam na nią kątem oka, oceniając, jak wielkie są szkody.
Zawias od drzwi się złamał. I tyle.
Dzwi leżały przy barze, a obsługa cała dygotała ze strachu.
Bali się, bali się, że szef potrąci im od wypłaty.
No trudno, trzeba będzie coś zdziałać.
-Macie może śrubokręt i kawałek metalowej rurki? Jak tak, to przynieś jeszcze zapalniczkę. -trzeba coś wykombinować.
Oby szef baru nie wrócił, tak szybko, jak sądzę.
Dobry z niego gość, uczciwy i w ogóle...
Ale jakoś nie przypadliśmy sobie do gustu.
Jak ostatnio porysowałam mu samochód gwoździem, to tak nie za specjalne mnie lubi...
-Aci proszę! Szybko! Szef zaraz wraca! -przyniosła to czego potrzebawałam.
-Spo-spokojjnie. Zaraz, zaraz to zrobię. -sprawiałam wrażenie trochę pijanej.
'"Trochę"?! Jesteś nachlana w trzy dupy!"
Ręce mi się trzęsły, śrubokręt wylatywał z rąk. 
Świadomość, że nie zdążę nie dawała mi spokoju. 
'Nie pójdziesz do paki*, nie znowu...'
Normalnie wychodzę przed 1:30.
A zegar wybija 1:42.
Błagam, żeby utkął w korku, błagam, żeby zabrakło mu paliwa, błagam... Błagam o cokolwiek...
Usłyszałam silnik czarnego RangeRovera, który wjeżdżał tylną bramą. 
Szczęk zamka od drzwi.
Potężne kroki w oddali.
Zapalniczka odmawiała posłuszeństwa. 
-No dalej, odpal! -wkońcu odaliła.
Adrenalina sięgała zenitu.
Szybko przygrzałam "zawias" i rzuciłam się do ucieczki.
Lorence sał już przy barze, krzycząc na mnie jakieś obelgi i przekleństwa. 
Z trudem dobiegłam do warsztatu.
Zatrzasnęłam wszystkie, możliwe zamki.
Usiadłam na skórzanej kanapie i odetchnęłam z ulgą.
*Paka -inaczej więzienie.
-------------------------------------------------------
Hej miśki!!! Mamy pierwszy rozdział. Chciałam w nim przedstawić świat Acai i pewnego "chyba niebieskoszaro oki brunet"
Nie, nie Aci nie jest daltonistką.
To pewne powiązanie do następnego rozdziału.
Miłego czytania!!! :*


poniedziałek, 17 listopada 2014

Prolog

Pamiętam ten dzień, pamiętam każdy szczegół.
Zdjęłam buty wchodząc do mieszkania.
W powietrzu można było wyczuć wyraźny zapach róż. W tle leciała piosenka Rihanny "We found love." Co za ironia...
Droga do sypialni była usłana płatkami róż i tulipanów.
Na schodach zostały poustawiane, palące się świece o zapachu lawendy i świeżo skoszonej trawy. Całe mieszkanie wypełniało się ciepłem i piękną melodią.
Moje ulubione zapachy, ulubiona piosenka...
Wstaniały nastrój, tylko szkoda, że to wszystko nie było mi pisane.
Po cichu weszłam po schodach. Czułam podekscytowanie i ciekawość.
Jednym, energicznym ruchem otworzyłam dębowe drzwi.  Zobaczyłam tylko porozrzucane ubrania i JĄ.
Najpierw szok, potem wściekłoś, po niej zazdrość i koniec.
Świeca zgasła, knot się wypalił. Obojętność. To był koniec. Definitywny koniec.
Wyszłam spokojnie, zostawiając go za drzwiami.
Wybiegł zaraz za mną, okryty zszarzałym prześcieradłem. Przepraszał, błagał, nalegał.
Na nic. Nie odezwałam się.
Nie zrobiłam kompletnie nic. Bezpieczniki odpowiedzialne za wszystkie emocje poprostu się przepaliły.
Zero, nie było niczego.
Złości, smutku, wściekłości, furii, zazdrości, rozpaczy, czy chociażby żalu. Zniszczył mnie do reszty. Poszły bezpieczniki, wszelkie ludzkie zachowania w takiej sytuacji mineły mi koło nosa.
Została tylko obojętność.
Okrągłe siedem lat mojego, nędznego życia poszły się jebać z nie wiadomo kim.
------------------------------------
Cześć. Mamy prolog i taki, mały wstęp. To jest taka przepustka do świata Acai. Mam nadzieję, że się wam spodoba :)