wtorek, 30 grudnia 2014

Rozdział Ósmy

Policjanci zaprowadzili mnie do celi.
Znów ta sama, co sześć lat temu.
Dobrze znam to tymczasowe, prostokątne więzienie.
Grube, betonowe mury, kraty na oknach, mosiężne drzwi.
A do tego jeden materac i klozet.
Nic więcej oprucz padającego światła księżyca.
Okno to jedyny tu kontakt ze światem.
Jest jak kałuża na Saharze.
Bez niego sześć lat temu oszalałabym.
Może się to wydawać nienormalne, wręcz absurdalne. Ale taka jest prawda.
Czułam się wtedy jak zwierzę.
Owładnięta zmysłami i instynktem.
Nie raz próbowałam się wydostać.
Rozbić kulo-odporną szybę.
Jednym słowem -uciec.
Znów ta sama historia.
Łapią mnie, bądź to ja się poddaję, a na koniec próbuję ucieczki.
Zawsze jest tak samo.
Sama nie wiem dlaczego jestem, aż tak głupia, żeby uciekać.
Muszę odsiedzieć swoje.
Odkupić grzechy, zapłacić za błędy.
Tak jest zbudowany ten świat.
Robisz błąd? To zapłać. Nie chciałeś? Trudno, zapłać. Nie wiedziałeś, że tak nie wolno? Oh, jaka szkoda. ZAPŁAĆ.
Ziemia. Jedyna suka, której wszyscy potrzebują.
Całe te niewiarygodne zdarzenia, cudy, wypadki i zgony to nie przypadek.
Wszystko zostało idealnie zaplanowane, przez jakiegoś pieprzonego egoistę, który sądzi, że właśnie ty musisz dzisiaj stracić pracę.
Albo złamać nogę, bądź potrącić kogoś na pasach, bo dziecko nie dało ci spać.
Dzisiaj to ja padłam jego ofiarą.
Schlałam się i dałam złapać.
Ma to też plusy.
Nie będę przynajmniej widywała tego bogatego dupka.
Kiedy coś mówił to słyszałam tylko :
Bla, bla, bla, kasa, jestem taki bogaty, bla, bla, bla, ja przynajmniej mam pieniądze, kasa.
I nic więcej. Zniszczył go ten hajs.
Nadmiar pieniędzy i stajesz się jebanym, zgorzkniałym egoistą.
Jesteś jak ten pieprzony bóg.
Możesz wszystko. A po kilku latach.
Zostaje tylko kasa.
Nie masz żadnego przyjaciela, nawet własny pies nie chce na ciebie spojrzeć.
Odchodzisz w nie pamięć.
Więc wybieraj : pieniądze i samotność, czy ubóstwo i kochająca rodzina?
O nie, nie, nie.
Nie posiadamy pakietu w innych zestawieniach.
No chyba, że woli Pan samotność i ubóstwo.
Wybieraj. Dzwudziestoletni człowieku, co nie masz pojęcia o życiu.
Naszym problem jest to, że dajemy wybierać nieodpowiednim ludziom.
Zbyt młodym, zbyt głupim i niedoświadczonym.
Ja wybrałam. Pakiet numer trzy.
Samotność i ubóstwo.
Najgorszy ze wszystkich.
Straciłam wszystko co miałam.
Teraz pozostało mi tylko wsiąść do autobusu nr 666 Piekło.
***
Siedziałam przy ścianie, wpatrując się w malutkie okno. 
Zegar wybijał 24.00, godzinę duchów.
Ktoś wszedł do posterunku policji.
-Starszy sierżant Smith. W czym mogę słóżyć? -zapytał jeden z glinarzy.
Zza ściany wychylił się przystojny i umięśniony chłopak.
Był brunetem, tak jak Malik.
Ugh wszystko mi o nim przypomina...
-Widzę, że poprawie zapamiętałeś procedury Smith. Ale chyba zapomniałeś o czymś -chłopak oparł się o ścianę.
Nosił jeansy, białą koszulkę na ramiączka i koszulę w czerwono-czarną kratę, uwiązaną na jego talii.
Na szyi miał nieśmiertelnik.
Czysty Malik, tylko że styl ma inny.
Jednym słowem jest lepszy.
-Brooks? Z wydziału zabójstw? Ale po co ty tu, i jak tutaj TY??? -nie mógł złożyć zdania.
Wydział zabójstw?
-Mamy trupa Smith -powiedział bardzo poważnie.
Brooks popatrzył na mnie chwilę i podszedł bliżej.
-A co tutaj robi taka ślicznotka? -zapytał z cwaniackim uśmieszkiem na ustach.
Nienawidzę tego uśmiechu.
-Z psami nie gadam -wysyczałam.
Nie mam zamiaru się mu tłumaczyć.
Niech się domyśli, że ta "ślicznotka" pójdzie do pierdla.
Kradzieże, rozboje, długi... Nazbierało się tego trochę.
-Acai! -usłyszałam znajomy mi głos.
Tylko jego tutaj brakowało...
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział jest krótki, wiem. Ale nie mam weny jakoś ostatnio.
Dziękuje tym, którzy skomentowali poprzedni rozdział :)
To zawsze motywuje do działania :)
Życzę wam wesołego sylwestra (tylko nie szaleć zbyt bardzo :P).
I mam nadzieję, że dotrwacie do 24.00 !!!
Ps. Dodałam nowego bohatera.

środa, 24 grudnia 2014

Rozdział Siódmy

Podkreślenie -wspomnienia.

Biegłam dwa kilometry.
Dwa jebane kilometry!
Przez tego dupka, straciłam dobre cztery godziny życia.
I nikt mi ich teraz nie zwróci.
Mogłabym je wykorzystać na chlanie wódki.
Tak jak teraz. Picie.
Jedyna czynność, która nie wnosi nic do mojego życia.
W przeciwieństwie do Pana, jakże zamożnego Malika.
Który tylko czekał, żeby wejść ze swoimi, obłoconymi buciorami do mojego życia.
Omotać moją psychikę.
To jedyne, co mu się udało.
Mam nadzieję, że ślad na policzku zostanie mu do końca życia.
'Wypijmy za tego, który ma zdychać w męczarniach.'
I Alleluja. Czy Amen. Sama nie wiem.
Jestem zbyt schlana, żeby wiedzieć o czym myślę.
-Wiesz, że masz tu długi? -zza lady wychylił się barman.
-Thomas nie pierdol tylko lej -wystawiłam pusty kieliszek pod jego rękę.
-Acai spieprzaj stąd puki możesz. Wyjedź. To najlepsze rozwiązanie -przeszywał mnie swoim lodowatym spojrzeniem.
-A co ty jesteś? Anioł stróż mój, czy Matka Boska? Nie mam się co martwić. Prędzej, czy później i tak zdechnę z głodu -odparłam.
Za kilka dni Wigilia. Ten dzień jest słabym punktem mojej pod świadomości.
Słabszym niż dwudziesty ósmy czerwca.
Siedziałam na wytartej sofie, rozglądając się dookoła. Nigdzie go nie było.
Boże Alec gdzie ty się podziewasz?
-Acai! -usłyszałam głos brata.
-Alec gdzie byłeś? Martwiłam się -przytuliłam go.
-Już wszystko dobrze. Zgubiłem ich -powiedział trwając w naszym silnym uścisku.
Puścił mnie po czym otworzył szary plecak.
-Tu jest pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Obiecaj, że nie ważne co się stanie, wyjedziesz i zaczniesz od nowa.
-Obiecuję -odpowiedziałam ze łzami w oczach.
Po mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka.
-To będzie twój nowy start -otworzył drzwi po czym zasłonił mnie swoim ciałem.
Zobaczyłam czterech mężczyzn z karabinami, ubrani byli jak mikołaje.
-Ho, ho, ho kurwa! -usłyszałam.
Zaczęli do nas strzelać.
Zabili go. Zabili Aleca.
Mojego jedynego brata.
W Wigilię, w dzień pełen radości i magii świąt.
Teraz stał się on jedynie ponurą rocznicą jednej z tysiąca innych śmierci.
Dźwięk otwierających się drzwi zasiedlił się w mojej głowie, rozdzierając wszystkie dotychczasowe myśli.
Nawet nie oglądałam się kto przyszedł do baru.
Rutyna. Ktoś wchodzi, wychodzi, a ja zostaję, barman myje kolejne szklanki po whisky, a ja nie ruszam się ze swojego miejsca.
Tracę kolejne godziny życia, ale mimo tego wypijam kolejny kieliszek.
Siedzę przyglądając się obściskującym się parom.
Mam wrażenie, że całe to "całowanie się"(chociaż można to nazwać połykaniem) miałoby się zakończyć na barowym stole.
-Acai? Acai! -Thomas szturchnął mnie w brzuch.
-Czego do cholery? -spytałam, patrząc na niego z przymrużonymi oczami.
-Szef przyszedł. Uciekaj -wyszeptał mi do ucha.
Patrzyłam na niego chwilę, po czym dopiłam wódkę.
Byłam obojętna na to co powiedział.
Już się nie bałam, nie uciekałam.
Byłam już raz w więzieniu, posiedzę tam jeszcze dwa, może trzy lata.
Przy najmniej zmądrzeję. Chyba.
Ucieczka to nic innego, jak porażka.
Nie, nie jest ona sukcesem, z każdą kolejną słabniesz, nie umiesz się przyznać.
Uciekając stajesz się tchórzem.
Spieprzanie przed problemami uświadamia mi tylko, że nie potrafię stawić im czoła.
To tak jakbym miała w ręku miecz, którego nie da się zniszczyć i gonił mnie ogromny smok z czterema głowami, ale uciekałabym, chociaż mogłabym go zabić.
Stawić mu czoła. Rozwiązać problem.
Uciekałam przez całe życie.
I raczej mi już wystarczy.
Ciekawe, czy dostanę wyrok w zawiasach*...
-Znów się spotykamy Panno Mc.Carter -wyłonił swoją, parszywą mordę z pół mroku.
Wielka szrama przecinała mu cały lewy policzek.
Jego twarz wygląda okropnie.
Liczne zmarszczki i zniekształcenia pokrywają mu twarz.
-Niestety -odparłam, nawet na niego nie patrząc.
Prawie, co leżałam na barze.
Zgarbiona siedziałam na taborecie i nalewałam sobie kolejki.
To moja ostatnia wódka.
Nie zobaczę mojej przyjaciółki przez dobre trzy lata.
-Chyba jestem w tej chwili zmuszony zadzwonić po policję. Nieprawdaż? -zapytał łapiąc za telefon.
-Tak, tak, tylko proszę szy-ybko. Ś... Śpieszy mi, mi się -jąkałam się, prawie co drugie słowo.
Właściciel uśmiechnął się krzywo i wykręcił numer.
Szybko zgłosił całą sprawę, a policja pojawiła się po dziesięciu minutach.
Gliniarze podeszli do mnie i skuli w kajdany.
Zaprowadzili do auta, po czym zasiedli na przednich miejscach.
ZAYN'S POV
Kurwa mać! Gdzie ona jest?!
Ugh, Acai... Znów mi gdzieś spierdoliłaś.
Mam tylko nadzieję, że nie gniewa się na mnie.
Chociaż muszę przyznać, że dziewczyna ma siłę.
Nawet mnie zabolał ten policzek...
Lubię jak kobieta jest stanowcza.
Taka jak ona. Porywcza, lekko wkurwiająca, troszkę zwariowana i piękna. Po prostu ideał.

Wszedłem do baru.
Ostatnia nadzieja na jej znalezienie.
Podeszłem do mojego ojca, który jest właścicielem baru.
-Była tu Acai? -spytałem, rozglądając się na boki.
-Przed chwilą zabrała ją policja -odparł spokojnie, bawiąc się szklanką.
Co kurwa???
-Dlaczego? -zmarszczyłem brwi.
-Nareszcie dała się złapać. A wiesz, że w ogóle się nie stawiała? Moim zdaniem to ona chyba zwariowała -uśmiechnął się do mnie.
-Ja pierdole! Wielki dzięki ojciec! Wielkie dzięki -nerwowo zrzuciłem szklankę z blatu.
Wyszedłem z baru, po czym wsiadłem do auta.
Jak jej kurwa nie znajdę, to wszystko pójdzie na marne.
Mam nadzieję, że nie dadzą do zapłacenia zbyt dużej kaucji...
Boję się o nią.
A jeżeli nie będę mógł jej stamtąd wyciągnąć?
Chyba się powieszę...
Gdybym jej wtedy nie wkurzył to może, nie przyszłaby tu chlać.
Co ja gadam... Cholerne nałogi!
Jak ją stamtąd wyciągnę to przysięgam, że wezmę ją na odwyk.
*wyrok w zawiasach -inaczej : wyrok w zawieszeniu, np. Skazany na dwa lata w zawieszeniu na pięć lat. Pięć lat to okres próby.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Witajcie! Ten rozdział został dodany w ramach prezentu gwiazdkowego.
Chciałam wam złożyć serdeczne życzenia :)
A więc. Życzę wam :
Milion obserwacji i komentarzy!
Wymarzonego prezentu!
Weny oczywiście.
I idola pod choinką :)
Smacznych potraw na Wigilijnym stole i wiele radości.
Wesołych Świąt kochane :*

piątek, 19 grudnia 2014

Rozdział Szósty

-Co się tak śmiejesz? -zapytałam go.
-Pierwszy raz widzę u ciebie takie poczucie humoru -odparł, a uśmiech nawet na chwilę, nie schodził z jego twarzy.
Pokazał się z innej strony. Tej mniej nachalnej i władczej.
Był nawet uprzejmy i dość powściagliwy.
Ale to złapanie mnie u dołu pleców... Ugh...
Jeszcze chwila i uszczypnąłby mnie w tyłek!
-Podobasz mi się taka -wyszeptał mi do ucha, poprzednio się nachylając.
No i wrócił Pan zwany dupkiem.
-Idę zapalić -nerwowo wypuściłam powietrze z płuc.
Wstałam z drewnianego krzesła i wyszłam na zewnątrz.
Ten koleś ma chyba rozdwojenie jaźni*!
Co chwilę wyłazi z niego chłoptaś z rynsztoku.
Nawet nie palę.
Powiedziałam to, żeby mieć pretekst do wyjścia.
A poza tym nie stać mnie na to.
Taka jest prawda.
Jestem spłukana, jak cholera.
Mam przy sobie jedynie dziesięć dolarów.
A jeśli on okaże się taką świnią i będę musiała za siebie zapłacić?
Ja pierdole...
Muszę stąd spieprzać. Teraz.
Zayn's POV
Czekałem na Acai już jakieś piętnaście minut.
Ile można palić jednego papierosa?
Zraniłem jej ego, że aż tak bardzo się zestresowała?
A może się mnie przestraszyła?
Naprawdę jestem aż tak straszny?
Może coś źle zrozumiała?
Muszę jej poszukać.
Wyszedłem na zewnątrz.
Zacząłem okrążać restaurację.
Samochód na swoim miejscu, jej sweter jest w środku, nic nie zginęło.
Ale po niej nie ma śladu. Nigdzie.
Cholera! Spieprzyła mi!
***
Siedziałam na przystanku autobusowym.
Doszłam aż tutaj.
Dobrze, że mam te dziesięć dolarów.
Wystarczy na bilet.
Autobus zjawił się równo o 12.00.
Punktualnie.
Weszłam do pojazdu, zapłaciłam za bilet i usiadłam na miejscu.
Prędkość nie była zbyt duża, ale mimo to autobus przemieszczał się dość szybko.
Nie miałam nawet pojęcia kto siedzi obok mnie.
-Ładnie tak spieprzać z pierwszej randki? -Malik uniósł jedną brew.
-Co ty tu kurwa robisz?! -odskoczyłam na bok, jak oparzona.
Brunet zaśmiał się i wyciągnął kluczyki od auta.
-Mój Mustang jest szybszy niż ten stary autobus. Kotku. -postawił nacisk na słowo "kotku".
Pieprzony bogacz, co nawet od podcierania swojej dupy ma służących.
-Taaa. Jak się śpi na pieniądzach tatusia, to nie ma się co chwalić. I nie jestem żadnym pierdolonym kotkiem -wysyczałam przez zęby.
Chłopak spojrzał na mnie wzrokiem pełnym pogardy.
'Znalazł się sędzia.'
Opowiedziałam mu tym samym.
Nienawidzę pełnoletnich gości, którzy swoje życie uzależniają od finansów swoich rodziców.
To jakby trzymać się gałęzi, która zwisa z urwiska, a ty razem z nią.
Niestabilne źródło dochodów.
-Przynajmniej mam pieniądze -wymruczał pod nosem.
-Co ty powiedziałeś?! -wykrzyczałam. -Ty pierdolony chuju! -uderzyłam go w twarz.
Łzy cisnęły mi się do oczu. Dlaczego?
-Jak możesz? -spytałam bardziej spokojnie.
Patrzył na mnie ze strachem w oczach.
Strachem wyrytym w jego duszy, jak napis na nagrobku.
Miejsce gdzie padło uderzenie, robiło się fioletowe.
Pierwszy raz poczułam tak wielka siłę.
Napchaną nienawiścią i żalem. Siłą bez kontroli.
Nie do opanowania.
-Przepraszam. -szepnął minimalnie rozchylając usta.
"Przepraszam" niczego nie naprawi, straciłeś mnie.
Pojazd zatrzymał się.
Zniknęłam, jak każda kolejna kropla alkoholu w moich ustach...

*Rozdwojenie jaźni -choroba polegająca na posiadaniu dwóch osobowości. Często sprzecznych ze sobą. Mogą się one zamieniać w każdym momencie życia osoby.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział dedykowany jest dla Niepowtarzalnej.
Było opóźnienie, wiem.
Ale na szczęście rozdział napisałam :)
Nie mam wam zbyt dużo do przekazania, więc życzę wam miłego czytania. 


niedziela, 14 grudnia 2014

Rozdział Piąty

Obudziłam się i od razu umyłam.
Zapowiada się ciężki dzień...
W portfelu zostało tylko dziesięć dolarów.
Starczy na chleb i może jakiś ser, albo szynkę.
Przeczesałam włosy i usiadłam na kanapie.
'Może jednak ruszysz dupę do sklepu, żeby nie umrzeć z głodu?'
Może tak, może nie... Nie wiem.
'Czyli wolisz się pofatygować o śmierć głodową?'
Racja, nie jadłam nic dzisiaj...
Może jednak wybiorę się do sklepu?
Chyba tak.
Założyłam sweter i wyszłam na dwór.
Było dość zimno, a raczej bardzo zimno.
Czułam, że temperatura mojego ciała, spadała z każdym, kolejnym, postawionym krokiem.
Podziurawione dżinsy i letni sweter, nie dawały sobie rady z ogrzaniem mnie.
Nos zamarzł mi po pięciu minutach i zaczął wiać silny wiatr.
Zatrzymałam się w połowie drogi, próbując złapać jakiegoś stopa.
Obok mnie zatrzymał się bordowy Mustang z chromowanymi felgami.
-Chcesz tu zamarznąć? -szyba od strony kierowcy uchyliła się, a w niej ukazał się nikt inny, jak ten nachalny dupek!
-Może tak, może nie -wzruszyłam ramionami.
Chyba na serio zaraz tu zamarznę.
-Proszę cię -zaśmiał się nieszczerze.
Nie lubię go. Ma złe intencje. Czuję to.
-Głupie pytanie, głupia odpowiedź -wysyczałam.
Chłopak wziął jeden głęboki oddech.
Drzwi od strony pasażera otworzyły się, a on jednym ruchem ręki zaprosił mnie do środka.
-Podwiozę cię gdzie zechcesz -uśmiechnął się.
Weszłam do środka, mimo uczucią strachu.
Nie, nie bałam się go. Ale też nie byłam na tyle głupia, żeby mu zaufać.
Drzwi momentalnie się zamknęły.
-To jedziemy -powiedział odpalając auto.
Uważnie obserwowałam każdy jego ruch.
Nie ufam mu.
-Co się tak gapisz, jak sroka w kość? -odsłonił rząd białych zębów.
Zmarszczyłam na chwilę nos.
-Bo mogę -pomyślałam.
Zauważyłam, że jedziemy nie znaną mi drogą.
-Gdzie jedziemy? -spytałam z ciekawości.
Od początku wiedziałam, że nie zawiezie mnie do domu.
Ale chciałam się dowiedzieć dokąd mnie tym razem, będzie chciał zabrać.
-Na śniadanio-obiad. -zaparkował pod najdroższą restauracją w mieście.
Wysiadłam trzaskając drzwiami.
Weszliśmy do środka.
Wszędzie pachniało suszonymi cytrynami i pomarańczami.
Wnętrze było ustrojone w stylu świątecznym.
Na środku stała ogromna choinka.
Kolorowe lampki, małe cyprysy, bombki i wszelkiego rodzaju ozdoby.
W tle leciała melodia "Jingle Bells" zagrana na fortepianie.
Chłopak położył rękę u dołu moich pleców, pchając mnie lekko do przodu.
Szliśmy tak przez pół sali.
Nasz stolik znajdował się przy samym oknie z widokiem na ogród.
To miejsce miało w sobie szczyptę świątecznej magii, przypominało mi Gwiazdkę z dzieciństwa.
Kelner w garnituże "na pingwina" podszedł do nas z kartami dań.
-Witam Panie Malik -siknął głową w stronę chłopaka, podając mu menu.
"Malik" hmm...
Ciekawe, jak ma na imię.
-Co polecasz? -spytałam kelnera.
-Pozwoli pani, że zabiorę panią w krainę smaków, gdzie rzeki pachną świeżą pomarańczą, a droga wprost do eksplozii smaków usiana jest świeżymi liśćmi sałaty i stekami z jagnięciny -nieźle wykół całą formułkę.
-Nie biorę narkotyków... Scot. Poproszę sałatkę z kurczakiem -odparłam zamykając kartę dań.
Zobaczyłam chichoczącego, na przeciw mnie Malika.
Powstrzymywał się od głośnego śmiechu.
Wyglądał zabawnie.

-------------------------------------------------------
-------------------------------------------------------
Od razu przepraszam za długą nieobecność.
Nie miałam za bardzo czasu i dopiero dzisiaj skończyłam pisać rozdział.
Bardzo, bardzo was przepraszam!!!!
Mam nadzieję, że rozdział nie jest aż taki zły.
Miłego czytania :)

środa, 3 grudnia 2014

Rozdział Czwarty

Delikatnie muskałam gładką, różową powierzchnię.
Wilgotna, lekko popękana, ale mimo tego idealna.
Pachniała cudownie, smakowała tak samo.
A ja cały czas posuwałam się dalej i dalej i dalej...
-Gdzie można dostać tak świeże nektarynki? I do tego różowe? -spytałam, wgryzając się w owoc.
-Sam je choduje. Mam sad, to znaczy mój ojciec ma sad. -uśmiechnął się krzywo i zaczął oglądać małą figurkę na stoliku kawowym.
'Wpuściłaś obcego faceta do mieszkania?! Oszalałaś?!!!'
Miał jedzenie, trochę kasy i oczywiście wszedł tu mimo mojej woli.
Wydaje sie być miły.
-Co to? -podniósł białą kopertę ze stolika.
-Nic! -podbiegłam do niego, chcą wyrwać list z jego ręki.
-Wypowiedzenie z pracy? -zmarszczył brwi.
Małe zmarszczki pojawiły się na jego czole.
-Nie twój interes. -wyrwałam mu kopertę z ręki.
Nie chcę, żeby kto kolwiek się o tym dowiedział.
Już uważają mnie za pijaczkę, a jeśli ktoś inny dowiedziałby się, że straciłam pracę...
Nawet nie chcę o tym myśleć.
'Nieźle tego pilnujesz. Już się ktoś dowiedział.'
-Gdzie pracowałaś? -spytał zabierając mi kopertę.
-Co cię to obchodzi? -wywróciłam oczami.
Mulat zerkał raz na mnie, raz na wypowiedzenie i tak ciągle.
Kawowe teńczówki zrobiły się jeszcze ciemniejsze, a źrenice momentalnie się powiększyły.
-Dostawałaś równo dwadzieścia osiem dolarów tygodniowo?! -uniósł brwi w zdziwieniu.
"Dwadzieścia osiem".
Ta liczba będzie prześladować mnie do końca życia.
Dwudziesty ósmy Grudnia. Data spoczynku moich uczuć.
Dwudziesty ósmy Czerwca.
Data spoczynku moich rodziców.
Dwadzieścia osiem złamań po wypadku.
Dwadzieścia osiem dolarów wypłaty...
-Z czego się utrzymujesz? -spytał lekko podenerwowany.
-Mam warsztat, ale... -wzięłam głęboki oddech.
-Ta rudera na dole?! Oszalałaś kobieto?! -krzyknął na mnie.
I bum! Warstwa zewnętrzna rozsypała się, jak milion szklanym kuleczek.
Odłamki "miłego chłopaka" leżały gdzieś w kącie, a on sam stał się bombą zegarową.
'Nie oceniaj książki po okładce.'
Kostium "gentelmana" został rozdarty przez furię i wściekłość.
Czar prysł.
-Gdzie pracujesz? -spytał szybko.
-Bakerry street 21, ale co ty chcesz... -podałam mu adres.
-Idę walczyć o twoją wypłatę. -ooo...
Znalazł się książe na białym koniu.
Mulat wyszedł i z impetem zamknął drzwi.
Idzie walczyć o moją wypłatę...
Lepiej przygotuję lód i opatrunki.
Bo jeszcze chłopaka zabiją.
I wszystko będzie na mnie.
Ciekawe, czy da sobie radę...
***
Siedziałam na kanapie z lodem w ręku.
Minęły dwie godziny, a chłopaka nadal nie ma.
'Może naprawdę mu coś zrobili?'
Może tak?
-Kurwa... -brązowooki wszedł do przedpokoju.
-No i jak tam odzyskiwanie mojej wypłaty? -zapytałam sarkastycznie.
Zobaczyłam, że ma podbite oko i siniaka na lewym policzku.
-Wiedziałam. Masz. -pokręciłam głową i podałam mu lód.
Chłopak usiadł na kanapie w salonie.
Przysiadłam się, cały czas wpatrywałam się w jego twarz.
Musieli nieźle go poturbować...
-W tej chwili, nie mam więcej przy sobie. -ze skórzanego portfela wyciągnął pięćset dolarów.
Położył mi je na kolanach.
-Nie potrzebuję twojej łaski. -oddałam mu je spowrotem.
-Nie rozumiesz. -krzywo się uśmiechnął. -To nie łaska. To prezent, taki bezokazyjny.
-Nie chcę twoich pieniędzy. Lepiej już idź. -wskazałam na drzwi wyjściowe.
Mulat wstał i posłusznie wyszedł.
Nie potrzebuję jego pieniędzy. Nie potrzebuję nikogo.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam za skończenie poprzedniego rozdziału w takim momencie.
Jeśli któraś z was myślała o cytuję "pocałunku" to z mojej strony taki mały żarcik.
Jak ja to mówię "joke sytuacyjny".
Więc Acai to typ dziewczyny, która ma trochę odmienny pogląd na świat.
Myśli, że zawsze gdzieś kryję się haczyk.
Dla tego tak się zachowuje.
A co do mulata, to chyba wiecie jakie ma zamiary? 
Niestety nie jestem w stanie przewidzieć daty następnego rozdziału, ponieważ wyjeżdżam w ten piątek i nie będzie mnie do soboty.
Nie wiem, czy w tamtej szkole będzie darmowe Wi-fi...
Życzę miłego czytania!!!