Obudziłam się i od razu umyłam.
Zapowiada się ciężki dzień...
W portfelu zostało tylko dziesięć dolarów.
Starczy na chleb i może jakiś ser, albo szynkę.
Przeczesałam włosy i usiadłam na kanapie.
'Może jednak ruszysz dupę do sklepu, żeby nie umrzeć z głodu?'
Może tak, może nie... Nie wiem.
'Czyli wolisz się pofatygować o śmierć głodową?'
Racja, nie jadłam nic dzisiaj...
Może jednak wybiorę się do sklepu?
Chyba tak.
Założyłam sweter i wyszłam na dwór.
Było dość zimno, a raczej bardzo zimno.
Czułam, że temperatura mojego ciała, spadała z każdym, kolejnym, postawionym krokiem.
Podziurawione dżinsy i letni sweter, nie dawały sobie rady z ogrzaniem mnie.
Nos zamarzł mi po pięciu minutach i zaczął wiać silny wiatr.
Zatrzymałam się w połowie drogi, próbując złapać jakiegoś stopa.
Obok mnie zatrzymał się bordowy Mustang z chromowanymi felgami.
-Chcesz tu zamarznąć? -szyba od strony kierowcy uchyliła się, a w niej ukazał się nikt inny, jak ten nachalny dupek!
-Może tak, może nie -wzruszyłam ramionami.
Chyba na serio zaraz tu zamarznę.
-Proszę cię -zaśmiał się nieszczerze.
Nie lubię go. Ma złe intencje. Czuję to.
-Głupie pytanie, głupia odpowiedź -wysyczałam.
Chłopak wziął jeden głęboki oddech.
Drzwi od strony pasażera otworzyły się, a on jednym ruchem ręki zaprosił mnie do środka.
-Podwiozę cię gdzie zechcesz -uśmiechnął się.
Weszłam do środka, mimo uczucią strachu.
Nie, nie bałam się go. Ale też nie byłam na tyle głupia, żeby mu zaufać.
Drzwi momentalnie się zamknęły.
-To jedziemy -powiedział odpalając auto.
Uważnie obserwowałam każdy jego ruch.
Nie ufam mu.
-Co się tak gapisz, jak sroka w kość? -odsłonił rząd białych zębów.
Zmarszczyłam na chwilę nos.
-Bo mogę -pomyślałam.
Zauważyłam, że jedziemy nie znaną mi drogą.
-Gdzie jedziemy? -spytałam z ciekawości.
Od początku wiedziałam, że nie zawiezie mnie do domu.
Ale chciałam się dowiedzieć dokąd mnie tym razem, będzie chciał zabrać.
-Na śniadanio-obiad. -zaparkował pod najdroższą restauracją w mieście.
Wysiadłam trzaskając drzwiami.
Weszliśmy do środka.
Wszędzie pachniało suszonymi cytrynami i pomarańczami.
Wnętrze było ustrojone w stylu świątecznym.
Na środku stała ogromna choinka.
Kolorowe lampki, małe cyprysy, bombki i wszelkiego rodzaju ozdoby.
W tle leciała melodia "Jingle Bells" zagrana na fortepianie.
Chłopak położył rękę u dołu moich pleców, pchając mnie lekko do przodu.
Szliśmy tak przez pół sali.
Nasz stolik znajdował się przy samym oknie z widokiem na ogród.
To miejsce miało w sobie szczyptę świątecznej magii, przypominało mi Gwiazdkę z dzieciństwa.
Kelner w garnituże "na pingwina" podszedł do nas z kartami dań.
-Witam Panie Malik -siknął głową w stronę chłopaka, podając mu menu.
"Malik" hmm...
Ciekawe, jak ma na imię.
-Co polecasz? -spytałam kelnera.
-Pozwoli pani, że zabiorę panią w krainę smaków, gdzie rzeki pachną świeżą pomarańczą, a droga wprost do eksplozii smaków usiana jest świeżymi liśćmi sałaty i stekami z jagnięciny -nieźle wykół całą formułkę.
-Nie biorę narkotyków... Scot. Poproszę sałatkę z kurczakiem -odparłam zamykając kartę dań.
Zobaczyłam chichoczącego, na przeciw mnie Malika.
Powstrzymywał się od głośnego śmiechu.
Wyglądał zabawnie.
Zapowiada się ciężki dzień...
W portfelu zostało tylko dziesięć dolarów.
Starczy na chleb i może jakiś ser, albo szynkę.
Przeczesałam włosy i usiadłam na kanapie.
'Może jednak ruszysz dupę do sklepu, żeby nie umrzeć z głodu?'
Może tak, może nie... Nie wiem.
'Czyli wolisz się pofatygować o śmierć głodową?'
Racja, nie jadłam nic dzisiaj...
Może jednak wybiorę się do sklepu?
Chyba tak.
Założyłam sweter i wyszłam na dwór.
Było dość zimno, a raczej bardzo zimno.
Czułam, że temperatura mojego ciała, spadała z każdym, kolejnym, postawionym krokiem.
Podziurawione dżinsy i letni sweter, nie dawały sobie rady z ogrzaniem mnie.
Nos zamarzł mi po pięciu minutach i zaczął wiać silny wiatr.
Zatrzymałam się w połowie drogi, próbując złapać jakiegoś stopa.
Obok mnie zatrzymał się bordowy Mustang z chromowanymi felgami.
-Chcesz tu zamarznąć? -szyba od strony kierowcy uchyliła się, a w niej ukazał się nikt inny, jak ten nachalny dupek!
-Może tak, może nie -wzruszyłam ramionami.
Chyba na serio zaraz tu zamarznę.
-Proszę cię -zaśmiał się nieszczerze.
Nie lubię go. Ma złe intencje. Czuję to.
-Głupie pytanie, głupia odpowiedź -wysyczałam.
Chłopak wziął jeden głęboki oddech.
Drzwi od strony pasażera otworzyły się, a on jednym ruchem ręki zaprosił mnie do środka.
-Podwiozę cię gdzie zechcesz -uśmiechnął się.
Weszłam do środka, mimo uczucią strachu.
Nie, nie bałam się go. Ale też nie byłam na tyle głupia, żeby mu zaufać.
Drzwi momentalnie się zamknęły.
-To jedziemy -powiedział odpalając auto.
Uważnie obserwowałam każdy jego ruch.
Nie ufam mu.
-Co się tak gapisz, jak sroka w kość? -odsłonił rząd białych zębów.
Zmarszczyłam na chwilę nos.
-Bo mogę -pomyślałam.
Zauważyłam, że jedziemy nie znaną mi drogą.
-Gdzie jedziemy? -spytałam z ciekawości.
Od początku wiedziałam, że nie zawiezie mnie do domu.
Ale chciałam się dowiedzieć dokąd mnie tym razem, będzie chciał zabrać.
-Na śniadanio-obiad. -zaparkował pod najdroższą restauracją w mieście.
Wysiadłam trzaskając drzwiami.
Weszliśmy do środka.
Wszędzie pachniało suszonymi cytrynami i pomarańczami.
Wnętrze było ustrojone w stylu świątecznym.
Na środku stała ogromna choinka.
Kolorowe lampki, małe cyprysy, bombki i wszelkiego rodzaju ozdoby.
W tle leciała melodia "Jingle Bells" zagrana na fortepianie.
Chłopak położył rękę u dołu moich pleców, pchając mnie lekko do przodu.
Szliśmy tak przez pół sali.
Nasz stolik znajdował się przy samym oknie z widokiem na ogród.
To miejsce miało w sobie szczyptę świątecznej magii, przypominało mi Gwiazdkę z dzieciństwa.
Kelner w garnituże "na pingwina" podszedł do nas z kartami dań.
-Witam Panie Malik -siknął głową w stronę chłopaka, podając mu menu.
"Malik" hmm...
Ciekawe, jak ma na imię.
-Co polecasz? -spytałam kelnera.
-Pozwoli pani, że zabiorę panią w krainę smaków, gdzie rzeki pachną świeżą pomarańczą, a droga wprost do eksplozii smaków usiana jest świeżymi liśćmi sałaty i stekami z jagnięciny -nieźle wykół całą formułkę.
-Nie biorę narkotyków... Scot. Poproszę sałatkę z kurczakiem -odparłam zamykając kartę dań.
Zobaczyłam chichoczącego, na przeciw mnie Malika.
Powstrzymywał się od głośnego śmiechu.
Wyglądał zabawnie.
-------------------------------------------------------
-------------------------------------------------------
Od razu przepraszam za długą nieobecność.
Nie miałam za bardzo czasu i dopiero dzisiaj skończyłam pisać rozdział.
Bardzo, bardzo was przepraszam!!!!
Mam nadzieję, że rozdział nie jest aż taki zły.
Miłego czytania :)
Hahahha, jejku jak zwykle idealny xd
OdpowiedzUsuńNajlepszy fragment to to jak kelner opisywał te danie... Jak na to wpadłaś? Gadaj! Ciuuuuudo! :)
Czekam na kolejny xd
ZA KRÓTKI! Zapraszam na pozew sądowy razem z niepowtarzalną! Dobra, do rzeczy. TO BYŁO SUPER! SUPER! SUPER! SUPER! CAŁE BYŁO FANTASTYCZNE, FENOMENALNE, FAJNE! Oby ona dała Malikowi w pysk! Tylko na to czekam! :) Najlepszy fragment: gadka kelnera! The best w 10000%!
OdpowiedzUsuńŻyczę weny i pozdrawiam!
Be Y.
P.S. zapraszam do mnie :)
be-lorelei.blogspot.com
Jaki świetny blog :D Mega podoba mi sie fabula, cudnie opisujesz wszystko. Uczucia, zachowanie no po prostu cud malina♥ Życie głównej bohaterki nie jest idealne i mam nadzieje ze sobie wszystko po układa. Pije i w ogole ale uwazam ja za niesamowitą osobe no radzi sobie jakos i nie jest typem menela a oprocz alkoholu widzi rozne wazne wartości :D Mam nadzieje ze cos wyjdzie z Malikiem♡ Weny kochana :* <3
OdpowiedzUsuńBoże one wszystko opisały! Więc powiem tylko, że się z nimi zgadzam to:
OdpowiedzUsuń"-Co polecasz? -spytałam kelnera.
-Pozwoli pani, że zabiorę panią w krainę smaków, gdzie rzeki pachną świeżą pomarańczą, a droga wprost do eksplozii smaków usiana jest świeżymi liśćmi sałaty i stekami z jagnięciny -nieźle wykół całą formułkę.
-Nie biorę narkotyków... " najlepszy fragment! Boże pisz szybko następny rozdział!
Pozdrawiam
Niepowtarzalna xx